A co jeśli nigdy nie mieliśmy szans…?

Słuchajcie, nie jest kolorowo… Okazuje się, że przez te wszystkie lata wszyscy dokładali do biznesu i bezstresowe życie na kredyt właśnie się kończy. Przez ostatnie miesiące czarne chmury coraz bardziej gęstniały nad branżą druku 3D, a pojedyncze błyskawice rozświetlały niebo zwiastując nieuchronną burzę. W końcu pierwsze krople rzęsistego deszczu zaczęły spadać na ziemię. I choć wszyscy momentalnie rozłożyli parasole, kryjąc się pod nimi przed nadciągającą nawałnicą, wiemy już że będziemy przemoczeni od stóp do głów. Rynek druku 3D jest w kryzysie…

Tylko w ciągu ostatniego tygodnia swój definitywny upadek ogłosiło SmileDirectClub, pozostawiając po sobie 60 drukarek 3D HP. Ukochane przez Amerykę – Velo3D, odwołało swojego CEO i założyciela – Benny Bullera, starając się w jakikolwiek sposób powstrzymać dramatycznie pikujący w dół kurs akcji na giełdzie. To nie koniec – to początek burzy. W sumie to wszystko może się wydarzyć. Dziś nie ma scenariusza, który wydawałby się nieprawdopodobny.

W społeczności tworzącej przemysłowy rynek druku 3D toczą się dyskusje na temat tego co jest tego powodem i jak to się stało, że sprawy zaszły aż tak daleko? Sam popełniłem artykuł na ten temat, jak również udzielałem się w kilku dyskusjach na LinkedIn, wraz z szeregiem znamienitych postaci tworzących światową branżę druku 3D. I nagle doznałem olśnienia… Przecież to co się teraz dzieje nie powinno być dla mnie zaskoczeniem? Przecież obecnie rozwijający się kryzys przewidziałem już 10 lat temu…

Tak, 10 kwietnia 2014 r. opublikowałem na portalu Centrum Druku 3D artykuł pt. „A co jeśli z tego nic nigdy nie będzie…?” Nie wiem kto z Was jeszcze pamięta tamten czas? To może przypomnę:

  • rynek druku 3D miał twarz człowieka o nazwisku Bre Pettis, przedstawianego przez czołowe media głównego nurtu jako następca Steve’a Jobs’a
  • CEO Stratasys był David Reis
  • CEO 3D Systems był Avi Reichental, który w tym roku znalazł się na liście „25 najlepszych twórców, którzy na nowo odkrywają amerykański sen” stworzonejprzez magazyn Popular Mechanics
  • stanowisko dyrektora kreatywnego w 3D Systems piastował will.i.am – piosenkarz i współtwórca Black Eyed Peas
  • Jos Burger właśnie dołączył do popularnego, ale wciąż niewielkiego holenderskiego startupu – Ultimaker BV
  • Josef Prusa był głośnym, ale wciąż mało znanym, wschodnio-europejskim startuperem, który rozwijał amatorską konstrukcję taniej drukarki 3D do samodzielnego montażu – Prusa i2
  • Ric Fulop wciąż pracował dla Markforged
  • rynek druku 3D w obrębie desktopowych drukarek 3D reprezentowali MakerBot, Ultimaker, Zortrax, Robo3D, Solidoodle i Printbot; Formlabs kończył się rozliczać ze swojej kampanii na Kickstarterze i był uwikłany w spór patentowy z 3D Systems
  • dopiero za pół roku HP miało po raz pierwszy zaprezentować koncept swojej autorskiej drukarki 3D opartej o technologię MultiJet Fusion.

Każdy miał mieć swoją drukarkę 3D w swoim domu i drukować na niej wszystko. Każdy miał był makerem.

A ja twierdziłem inaczej…

Moje spojrzenie na rynek druku 3D i ówczesną technologię druku 3D było tak ekstremalne jak na tamte czasy, że aby nie wyjść na skandalistę-radykała-oszołoma, swoje przemyślenia ubrałem w alegorię branży lotniczej. Latawce, awionetki i samoloty. Mój artykuł cieszył się sporą popularnością i był dość szeroko komentowany przez ówczesną społeczność druku 3D w Polsce (w tamtym czasie nie publikowałem jeszcze nic zagranicą), ale w gruncie rzeczy nie został potraktowany jakoś specjalnie poważnie. To znaczy wszyscy rozumieli co chciałem przez to przekazać, ale entuzjazm wobec druku 3D był tak wielki, że tekst został po kilku tygodniach zapomniany. Również przeze mnie. I dopiero teraz sobie o nim na nowo przypomniałem. A jako że wnioski w nim zawarte są dziś bardzo aktualne, postanowiłem go zaprezentować na nowo szerszej publiczności…

Oto i on…

Źródło: www.freeimages.com

A co jeśli z tego nic nigdy nie będzie…?

opublikowano: 10.04.2014 (Centrum Druku 3D)

Był sobie pewien Jan. Miał na nazwisko Kowalski. Prowadził niewielką firmę sprzedającą i serwisującą awionetki – małe samoloty przeznaczone do lotów rekreacyjnych i skromnego transportu pasażerskiego. To był dobry biznes. Bardzo niszowy i co za tym idzie dość opłacalny. Tzn. nie było z tego znowu jakichś kokosów, ale starczało na godne i uczciwe życie. Kowalski znał wszystkich pozostałych sprzedawców awionetek w kraju – których zresztą nie było zbyt wielu, jak również miał doskonałe kontakty z przedstawicielami większości firm na świecie produkujących zarówno małe awionetki, jak i duże samoloty pasażerskie. Jego życie było proste i poukładane, momentami wręcz nudne. Aż któregoś dnia w mediach głównego nurtu pojawiła się sensacyjna wiadomość: w pewnym garażu grupa pasjonatów własnymi siłami skonstruowała pierwszy na świecie… latawiec! Latawiec ten miał wkrótce zrewolucjonizować cały przemysł lotniczy!

Według doniesień prasowych, latawiec był wykonany z drewnianych listew, papieru pakowego, bibuły i sznurka. Koszt jego wykonania wynosił kilkanaście dolarów – czyli po przeliczeniu na rodzimą walutę, kilkadziesiąt złotych. Ale co najważniejsze – latał. Latał zawsze jak tylko była dobra pogoda i wiał dobry wiatr. Projekt latawca był otwarty, plany jego budowy były opublikowane w internecie i każdy mógł je za darmo pobrać aby stworzyć swoją własną wersję. Wkrótce na całym świecie pojawiły się rzesze naśladowców, którzy budowali coraz lepsze i wznoszące się coraz wyżej latawce!

Równocześnie pojawili się tzw. latawcowi ewangeliści. Głosili oni dość odważną tezę, że już wkrótce za pomocą latawców każdy z nas będzie mógł wznieść się w powietrze. Że za ich pomocą będzie można przemierzać bezkresne krainy nie martwiąc się o korki, paliwo czy koszty eksploatacji. Że wystarczy tylko mieć taki latawiec i wyczekać na dobry wiatr…

Temat wkrótce podchwyciły media głównego nurtu, które zainspirowane naukami latawcowych ewangelistów snuły wizje nowego porządku świata, w którym ludzie porzucają samochody i samoloty przesiadając się na latawce. Podróżują w powietrzu, czasie i przestrzeni w sposób ekologiczny, naturalny i zdrowy. Niczym ptaki. Autorzy tych tekstów zapowiadali koniec branży motoryzacyjnej i lotniczej wieszcząc nadejście nowej rewolucji komunikacyjnej.

Jak to zwykle bywa, coś co narodziło się jako darmowy, otwarty projekt, wkrótce uległo komercjalizacji. Jak grzyby po deszczu zaczęły pojawiać się coraz to nowe firmy oferujące coraz nowocześniejsze i bardziej skomplikowane latawce. Choć na pierwszy rzut oka wszystkie wyglądały tak samo, ich twórcy upierali się, że ich konstrukcje znacząco różnią się od siebie zachęcając do zakupu swojej wersji. Grupy pasjonatów organizowały zloty i eventy, na których porównywano i oceniano poszczególne konstrukcje, zaczęły pojawiać się również dedykowane serwisy internetowe opisujące całe zjawisko, publikujące najświeższe newsy z rodzącej się właśnie branży.

Jan Kowalski patrzył na to wszystko z niedowierzaniem i zadawał sobie w kółko jedno i to samo pytanie:

O co w tym wszystkim chodzi…?

Jako człowiek od wielu lat zajmujący się zawodowo biznesem lotniczym nie mógł pojąć, jak ktoś może w ogóle próbować porównywać latawce do samolotów? Jak ktoś może myśleć, że za pomocą latawca można latać? Tzn. ludzie latali – wiele osób wznosiło się na swoich latawcach na kilka chwil w powietrze, nie mniej jednak rzeczywistość była bardzo daleka od wizji jakie były przedstawiane w mediach. I co gorsza – wszyscy o tym doskonale wiedzieli, ale mimo to z uporem maniaka utrzymywali, że to tylko okres przejściowy. Że będzie lepiej…

Aż w końcu wydarzyło się coś, co wywróciło wszystko do góry nogami. Pewna firma opracowała i zaprezentowała… szybowiec! Świat oszalał. Oto jest to! – triumfowali latawcowi ewangeliści – oto jest pojazd lotniczy, który dokona rewolucji! Już nikt nigdy nie wsiądzie do śmierdzącego spalinami auta, już nikt nigdy nie kupi horrendalnie drogiego biletu na samolot! Ludzie będą budować własne szybowce i będą nimi latać – do pracy, do szkoły z dziećmi, na spotkania towarzyskie. Przyszłość jest teraz! Itp. itd…

A Kowalski coraz bardziej się temu wszystkiemu dziwił i coraz mocniej kręcił w swym zdziwieniu głową.

Firmy stopniowo przestawiały się z produkcji latawców na produkcję szybowców. Tematem zaczęły interesować się różne fundusze inwestycyjne i tzw. aniołowie biznesu. Na Kickstarterze i IndieGoGo co tydzień pojawiał się nowy projekt szybowca lub niezwykle rozbudowanego, wielofunkcyjnego latawca. Sprzedaż rosła – najlepsze i najbardziej rozpoznawalne firmy sprzedawały nawet po… 100 szybowców miesięcznie?

No właśnie, z tym jednym był tylko problem… Z jednej strony wszyscy o tym bezustannie gadali, ale z drugiej nikt nie chciał tego za bardzo kupować? Latawce i szybowce były relatywnie drogie – dużo droższe np. od kilkuletniego, używanego auta, ale z drugiej strony dawały tak niezwykłe możliwości? Dlaczego ludzie nie chcą tego brać? – zastanawiali się na forach konstruktorzy – czy chodzi tylko o cenę? Czy może o coś więcej? A może jak z każdą nowością trzeba po prostu jeszcze trochę poczekać? Zacisnąć zęby, robić swoje – los się w końcu musi odmienić…

Jan Kowalski czytał te posty na forach i na przemian śmiał się z nich i płakał… Płakał, ponieważ jego dotychczasowi klienci coraz częściej dopytywali go o szybowce i latawce? Dopytywali dlaczego nie wprowadzi ich do swojej oferty kosztem drogich i nieekologicznych awionetek? Cóż, Kowalski miał na to odpowiedź – podobnie jak na wszystkie inne pytania stawiane przez zdesperowanych brakiem oczekiwanych wyników sprzedażowych konstruktorów…

Szybowce i latawce nigdy nie zastąpią samochodów i samolotów, ponieważ potrzebują wiatru aby latać. Latanie jest bez porównania trudniejsze niż prowadzenie auta. Latawiec nigdy nie będzie transportować ludzi – jest zbyt prymitywny. Szybowiec potrzebuje samolotu aby wzbić się w powietrze – sam raczej nie wystartuje, potrzebuje również lotniska żeby wylądować. Szybowce i latawce są małe, mieszczą małą liczbę osób przez co są nieekonomiczne – potrzeba wyprodukować kilkaset szybowców aby przetransportować tyle ludzi co jeden duży samolot pasażerski. Są wolne, ciasne i niewygodne. No i w porównaniu z samolotami są brzydkie.

Na koniec najważniejsze – tak naprawdę nikt nigdy nie spytał ludzi czy w ogóle chcą latać i samodzielnie sterować szybowcem, latawcem lub samolotem? Po prostu z góry założono, że tak…

Jan Kowalski poczuł się tym wszystkim zmęczony. Interes szedł nadal dobrze – po prostu stracił do tego serce. Zaczął szukać czegoś nowego, nowych wyzwań i celów. Pewnego dnia usłyszał o technologii kosmicznej i wahadłowcach. Postanowił zgłębić ten temat. Podczas gdy inni próbowali rozwijać szybowce aby zbliżyć się z nimi konstrukcyjnie do awionetek, on nawiązał kontakty z pewną agencją kosmiczną próbując wejść z nią w korelację biznesową. Po prostu Kowalski zawsze chciał stać trochę bardziej z przodu w stosunku do innych. Zawsze dążył do tego, aby być już za zakrętem…

Pierwotnie opublikowano na: www.linkedin.com
Artykuł źródłowy: www.centrumdruku3d.pl
Grafika przewodnia: www.pixabay.com

Scroll to Top